On tam był. Przy ognisku. Razem z resztą. Siedział i słuchał. Tak, jego byt tam się znajdował.
- A pamiętasz tą historię, jak Zygmunt obrzygał drzwi?
- Tak
- Ha – ha – ha
- Weź ich zabij – powiedział Demon Żółciowy, który już tam był od dłuższego czasu. - Po prostu zabij!
Pomyślał. A to prowadzi do pomysłu. Tam się rodzą czyjeś światy, bo tam już są jego sny. A teraz narodziła się blokada.
- Proszę, zabij ich.
- Proszę, weź się odpierdol!
Bunt? Blokada? Strach? Ale nic się nie stało. Bawił się swoimi metalowymi kulkami i pozdrawiał pewną małą, sympatyczną dziewczynę.
- Strach! - Demon Żółciowy się zdenerwował. - Strach cię zjada!
- Ty mnie zjadasz.
- Ja cię wypełniam.
- Ja jestem pusty.
Demon Żółciowy wziął i uciekł.
- A pamiętasz jak Edward połknął zapałkę?
- Tak.
- Ha -ha -ha
Demon Zielony dopiero nadszedł.
- Zabij ich! Niech będą nieżywi. Niech będą wieczni.
- Wiecznie nieżywi?
- Na zawsze zbawieni jak ty.
- Nie pierdol…
- Nie kuś.
I było ich tam kilku. A jego byt górował nad nimi. Jego tam po prostu nie było. A jego byt…
- Zabij!
- Strach!
- Strach nas wszystkich zabije.
W każdym z nas żyje demon. W niektórych z nas, żyje nawet kilku. Zwyciężamy my, zwyciężają oni lub się łączymy. Brawa dla prawdziwych wojowników. Chwała im i miecze przy ich sercach. Te żywe organizmy z których mają miecze.
- A więc to tak!
- Nie złapiesz mnie. Nie zabijesz mnie.
- Nie zapomnisz o mnie.
I chwilowo zniknął. Ale na pewno zniknął. Ale jego byt tam był nadal.
I nagle przyszedł Demon Niebawem.
- Aaaaaa!
I wsadził on rękę do ogniska. I nikt tego nie zauważył. Nikt się nie przejął. Bo jego tam nie było. Jego byt tam był.
- A pamiętasz, jak On zmarł na raka?
- Tak
- …
A Demon Niebawem przyjdzie…
Siedział przy biurku. I pisał. Po prostu tworzył poprzez pióro parę wyrazów. Tak od paru chyba godzin. Tak od niechcenia. Wstała jego matka, albo żona, albo nawet siostra. Wstała, bo było wcześnie. Zobaczyła, że siedzi przy biurku. I pisze. A kartki spod jego rąk startowały i wylatywały w powietrze. Latały po pokoju. Nigdy i nigdzie nie lądowały. Nie kończyły się. Po prostu latały. A on pisał. Jak wieczne pióro było rzeczywiście wieczne. Jego ręką nie czuła zmęczenia. Jego umysł nie czuł niczego. Ona podeszła, żeby pooglądać to, czego nie umiała pojąc. On zresztą też nie umiał. Bo i po co? Robił to co chciał i nie przestawał. Nie pamiętał, po prostu tworzył słowa.
[Ona] Co to?
On przerwał na chwilę. Nie zrobił tego nigdy więcej.
[On] A czy to musi coś być?
I rozpoczął pisać od nowa.
[Ona] Która jest godzina?
[On] Nie wiem. Nie kładłem się spać.
Wtedy powstał strach. Nikt niestety nie wie, czy był to strach spowodowany troską o niego, czy strach przed tym, aby ona nie była zła. Ale to i tak nie ważne. Strach powstał. Narodził się z niczego. I rósł w siłę. Mógł niszczyć, mógł zabijać, mógł przejąc kontrolę. Ale nie zrobił tego, po prostu się ulotnił. I poczuł się dumny.
[Ona] Ale ty tak nie możesz zarywać nocy!
Gniew się narodził. Gniew silniejszy od strachu. Strach ucieka, a gniew nie celuje. On po prostu jest. I w odróżnieniu od strachu, gniew chce niszczyć. Gniew chce być tutaj razem z nimi. Ale nie wie, że to oni go trzymają, tak samo jak on ich. I nie puszczają. Są zbyt silni. Ale o kim tak naprawdę mówię? Przecież nie o sobie. Gniew uleciał. Nie ze strachu. Nie dlatego, że chciał. Po prostu nie miał już sił. Nie miał już niczego.
[On] Nie potrzebuję dnia, aby pisać. Nie potrzebuję czasu, aby tworzyć. Nie potrzebuję papieru, aby się unieść ponad tych wszystkich ludzi.
Smutek nadszedł. A z nim przyszedł płacz. Przyszła też bezsilność. Oj nie, smutek nigdy nie jest sam. Może powstać z samotności, ale nigdy nie jest sam. Towarzysze jego tak samo silni jak on sam. Ale nigdy nie żyją bez smutku. A kiedy trzy silne ręce ściskają jedno gardło, to pętla na szyi jest już nie potrzebna. Strach już tu był, a gniew niczego nie zdziałał. I on już nigdy nie stworzy niczego prostego. Nie chce on.
[On] Nie spełnione oczekiwania.
[Ona] Nie chciana ozdoba.
[Strach] Nie zostawiajcie mnie.
[Gniew] Nie ratujcie mnie.
[Smutek] Nie chcę wracać.
[Płacz] Nie ma mnie tutaj.
[Bezsilność] Nie obchodzi mnie to.
[Kartka] Nie wiem co mam powiedzieć.
[Słowo] Nie wiem co znaczę.
[Pustka] Nie! I nie na tym będzie koniec.
Wyciągnęła rękę i złapała jedną kartkę. Ścisnęła i przeczytała. „Zabij mnie głosie w mojej głowie.” Tak samo wzięła następną kartkę i przeczytała: „Zabij mnie głosie w mojej głowie.” I czytała tak długo, bo kartek było wiele. Latały jak ptaki. I nigdy nie lądowały. Przemyślała w końcu i powiedziała.
[Ona] Czemu ty tak właściwe to piszesz.?
[On] Żeby zapomnieć.
[Ona] O czym?
[On] O tym, że słyszę głosy.
Strach się przestraszył i uciekł. Gniew się rozlał po całym pomieszczeniu i wyparował. Smutek poszedł na wesele i nikt go już więcej nie widział. Płaczu nigdy nie było, przecież mówiłem. Bezsilność się zmieniła. Ewoluowała. A teraz nikt nie wie jak wygląda. Kartki w końcu się skończyły i odleciały. A tak bardzo chciał je mieć tylko dla siebie. Słowa są w każdym z nas, więc to tak jakby ich nigdy nie było, prawda? Pustka pozostała. No bo gdzie miała by iść, skoro wszędzie jej pełno?
A co z nim i nią? On chciał być pisarzem, jej nie musiało w ogóle być. On miał marzenia, ona była jednym z nich. Maszyna do pisania? Nie! Człowiek za którego słowa, spisane na kartce, pisane z bezsilności, w płaczu i smutku. Słowa pisane w gniewie i strachu. I tylko trochę nadziei. Która starczała na tak długo i tak bardzo walcząca ze strachem, gniewem i bezsilnością. A co z pustką, która też nadzieją była? Czemu nie płacze biedna?
I wtedy sen się skończył. Pytanie tylko czyj to był sen. I skoro się skończył, to czemu nikt się nie obudził?
Był sobie facet. Taki, jakich wielu. Po prostu sobie był i tyle. I niech mi nikt tutaj nie marudzi. Po prostu facet, dobrze? Zrozumiano?! No! Koniec i kropka. A zatem (bo słyszałem, że „a więc” jest złe, nie dobre i w ogóle fuj), ziomuś chciał sobie zrobić jeść. I nie zgadniecie, co zrobił. Nie zgadujcie! No już! A zresztą… Poszedł do kuchni. Tadam! Koniec wielkiej tajemnicy. Zagadka się nie udała, wiem, ale co z tego?
A właściwie o czym ja to… A! Już wiem, ziomica chciała sobie zrobić test ciążowy… A nie, chwila. To był ziomek. Ale czemu on chciał zrobić sobie test ciążowy? A może on nie chciał zrobić sobie testu ciążowego? Przyjmijmy, że poszedł do kuchni zrobić sobie jeść. Wszedł zatem do kuchni. Otworzył lodówkę. Zobaczył przestrzeń. Zrobiło mu się trochę chłodno. Ale to chyba normalne. W końcu jak się myli lodówkę z oknem w środku srogiej zimy, to może się zrobić trochę zimno. Do tego tłumaczy to tak dużą przestrzeń w lodówce. Cóż, nadszedł czas, odkręcić gaz… Znaczy tfu! Zamknąć okno! Bo trochę wieje.
Ale o czym ja to? E… Mmm… Hmmm… Wiem! Lodówka. Ziomuś w końcu zamkną lodówkę, które było oknem i takie tam. Znalazł w końcu lodówkę. Udało się. W końcu w tej kuchni, jest tylko jedna lodówka. I co go zaatakowało z tej lodówki? Nie uwierzycie! Jak tylko tą lodówkę otworzył, to zaatakowało go ogromne… (fanfary proszę) … NIC! Pusta lodówka nie napawała optymizmem. Co gorsza, pusta lodówka nie nakarmi. A szkoda. Trzeba poszukać dalej. Pierwsza szafka, nic. Druga szafka, nic. Trzecia… O! Tu coś jest. Ziomuś cały szczęśliwy i w skowronkach. W końcu tydzień zajęło mu szukanie swojego portfela. A on po prostu bezczelnie sobie tutaj tak leży. Cóż, niech sobie leży dalej. Nie jest teraz potrzebny.
Coś się chłodno zrobiło. Albo to deja vu, albo coś często się tu zimno robi. Co to może być? Okna nikt nie otwierał, ani nic. Hmmm… Mmm… E… I w ogóle… No przecież! Nikt nie zamknął lodówki! Jak ktoś mógł zamknąć lodówkę, jak o tym nie napisałem? No kto? Ziomuś naprawił swój błąd. I dobrze, bo nie chce mi się po polar iść.
Ale coś tu pusto ziomuś ma w tym swoim domu. Nie uważacie? Pewnie myślicie, że biedny. Pewnie uważacie, że nie dba się. Ale nie, to nie jest żaden student. Po prostu żona wyjechała. No ale przecież, zostawiła jedzenie. Powinno gdzieś tutaj być. Jest! Ale kto by pomyślał o tym, żeby kanapki trzymać w tym drewnianym pudle. Jak ono się nazywał… Hmmm… (resztę już znacie) Wiem! Chlebak! Ziomuś tak patrzy, myśli… Kiedy miesiąc temu, żona gotowała, to wszyscy dostali sraczki (biegunki). Kiedy 3 tygodnie temu żona gotowała, to wszyscy się porzygali (zwymiotowali). Kiedy tydzień temu żona gotowa, to w sumie nic się nie stało. Nie licząc psa, który miał sraczkę (biegunkę), wymioty (rzygał jak kot?) i jakoś dziwnie wyglądał. Jakoś takoś… Zielono… Ale to chyba tylko dlatego, że jako jedyny, nie udawał, że nie jest głodny.. Tak to jest, że psy, którym się daje jeść raz w tygodniu, mają słabą psychikę. A może on po prostu próbował się zmierzyć z tą groźbą śmierci? Taki psi sposób na dreszczyk emocji.
Ale wracając do zioma, a zostawiając w spokoju jego psa (niech spoczywa w spokoju). Ziomuś się zreflektował i wyciągnął szybką zupkę. Taką w stylu zalej i sobie zjedz z dopiskiem „Tylko się nie udław, Mamy jeszcze milion takich zupek do sprzedania, Ktoś to musi zjeść” małym druczkiem.
Teraz pewnie myślcie, że ziomek kopnie w kalendarz na zawał serca. Albo, że udławi się tą zupką. Ale nie, jestem od was lepszy i nie dam wam tej satysfakcji. Nie będzie nawet sceny, w której ziomek się wiesza, a w liście pożegnalnym pisze: „Nie umiałem przeczytać instrukcji na opakowaniu, więc nie umiałem sobie zrobić szybkiej zupki. Nie chciało mi się czekać na śmierć głodową, więc się powiesiłem. Nie zapomnijcie karmić mi rybek!”
To było tak: ziomek się poślizgnął, rozwalił głowę o kant stołu. Potem rozwalił głowę o rączkę z szuflady. Potem o rączkę z drugiej szuflady. Potem o rączkę z trzeciej szuflady. A potem dopiero o kafelki. Zakrwawił całą kuchnię. Krew lała się strumieniami. A ziomuś zmarł, bo zadławił by się własną krwią. A szkoda, teraz ktoś inny będzie musiał umyć kuchnię.
Ale spoko, poszedł do nieba. I nie martwcie się, nie był tam sam. Zupka poszła razem z nim. A ja tam byłem. Pod stołem leżałem. I udawałem, że moja głowa nie istnieje. Taka impreza była. Szkoda tylko, że musiałem wytrzeźwieć, aby wujka pochować.
To było wtedy, gdy się schlałem z przyszłym teściem. Nie pamiętam już z jakiej okazji. Obudziłem się rano jeszcze mocno wcięty, prawie przytulony do teścia. Pierwsze co zrobiłem, to obejżałem czy teściu mnie nie obrzygał. A po chwili sprawdziłem, czy ja teścia nie obrzygałem. Wszystko wyglądało w porządku. Popatrzałem przed siebie i zobaczyłem potwora. Miał 7 głów i 8 macek. Był straszny i ział ognem. Przetarłem oczy.
[ja] O! Cześć kochanie!
JEB! Moja dziewczyna ma naprawdę silny prawy prosty. Wtedy zacząłem słyszeć głosy w mojej głowie. Mówiły coś bardzo szybko i niezrozumiale. A nie, chwila. To moja dziewczyna tak krzyczała. I do tego jeszcze stała nademną wymachująć rękoma.
[ja] O! Cześć kochanie!
JEB! Lewy prosty też ma nieczego sobie.
[Ona] Nie słuchasz mnie!
[ja] To nie jest tak, że cię nie słucham. Po prostu ja cię nie słyszę.
A darła się tak, że cała wieś słyszała. Znowu oberwałem. Policzyłem sobie swoje guzy. Miałem ich trzy. Jeszcze dwa i znów będę spał. Jupi! Nie zdążyłem dokończyć myśli, bo teściu mnie obudził. Jeszcze nigdy nie widziałem nikogo tak zdenerwowanego.
[teściu] Dlaczego mnie obrzygałeś?!
[ja] Ja?! Ja przecież…
Zemdlałem. Zawieźli mnie do szpitala. Wstrząsnienie mózgu miałem. Kocham swoją dziewczynę za to, że ma tak silny… charakter. Ale w sumie to nic, bo zdiagnozowali mi jeszcze raka przy okazji. Wykończył mnie w 2 miesiące i sobie umarłem. Ale jest w sumie spoko, bo nie jestem tu sam. Moja dziewczyna popełniła samobójstwo tydzień po mojej śmierci.
Pojebało cię? Stoję tutaj! Jestem gotowy cię zabić. Mam pistolet, mam nóż i mam dużo chęci. A ty sobie tak po prostu stoisz? Co to ma być? Nie boisz się? A może nie dociera do ciebie to, co się z tobą może zaraz stać. Konieć świata dla ciebie się szykuje. Nie obchodzi cię to wcale? Nie jesteś tym ani trochę zainteresowany? Jak możesz niczego teraz nie czuć? Stoisz tak. I stoisz dalej. To ja też będę stał dalej. Będę dalej w ciebie celował. Będziesz mnie słuchał i będziesz wykonywał moje rozkazy. Będziesz, prawda? Zawsze przy mnie, zawsze ze mną. Zawsze ze strachem, nigdy sam. Nigdy cię nie zrozumiem. Nie chcesz, abym pociągnął za spust? To powiedz to! Chcesz, abym wsadził ci nóż w plecy. To powiedz to! Odezwij się do mnie. Zrób coś! Nie zostawiaj mnie. Nie wolno ci! Zabraniam ci! Nie krzycz na mnie…
Nie krzyczysz. Jesteś cicho. Stoisz nieruchomo. Co się z nami dzieje? Niech ktoś mi opowie historię mojego życia. Niech ktoś znowu włączy czas. Wszystko jest zatrzymane. Jedna chwila jest wieczna. Jedna chwila by zmienić swoje życie. I nie swoje też. Tak od razu chce się wyjść. Tak od niechcenia chce się zostać. Tak mnie stworzono. Tak bardzo chcę stąd uciec. Tak mało wiem o tobie, bo się do mnie nie odzywasz. Tak mi ciebie brak, bo się do mnie nie odzywasz. Tak daleki jestem. Wiesz kim jestem? Wiesz czym jestem? Wiesz co teraz myślę? Myślę o tobie! Nie pozwolę sobie zapomnieć. Nie wytrzymam kolejnego dnia takiego, bez takiego jak ty. Ale dlaczego?
Nie chcę się bać. Dlaczego ze mną nie rozmawiasz? (płacz… stary, płacz!)
Bo jestem tobą/sobą/zawsze sam.
Siedzieli w restauracji całą paczką. Trzech mężczyn i dwie kobiety. Wszyscy ubrani schludnie jak na XX wiek. Jedli przy jednym stole w milczeniu. Aż w końcu jeden z wojowników zaatakował drugiego widelcem. Rzucił nim po prostu. Drugi się nie uchylił. Widelec po prostu sam ominął swój cel. Drugi nie chciał być dłużny. Skoczył jednym susem na stół i kopnął pierwszego. Ten odsunął krzesło i uniknął ciosu. Czas najwyższy był, aby wstać. Więc pierwszy zamiast to zrobić, wskoczył pod stół i wywrócił stół. Drugi jednak miał na tyle dobry refleks, aby skoczyć na równe nogi. Zaczęła się walka na pięści i bloki. Nigdy nie byłem dobry z opisywaniem walk, więc oleję ten moment. 5 minut później żaden z zawodników nie dawał po sobie znaku zmęczenia. Bili się dalej, choć obydwaj byli już spoceni jak świnie. Nie chciało im się już ruszać z miejsca, więc atakowali telekinezą. Po chwili drugi rzucił pierwszym. Przeleciał przez całą restaurację i walnął nią o ścianę. (Wybaczcie mi ten żart, nie umiałem się powstrzymać. Pozdro dla Yody i Elo ziomków.) Zatem wracając do sedna sprawy, to drugi leżał oparty o ścianę. Był już we krwi, zanim pierwszy do niego podszedł. Chciał zacząć kopać, ale pierwszy kopniak został zablokowany ręką drugiego. Uścisk był tak mocny, że pierwszemu szybko udało się uwolnić nogę. Drugi w końcu wstał, spocony, pokrwawiony i głodny. Zaczął atakować nie werbalnie, czyli mętalnie. Patrzał pierwszemu w oczy. Wszedł w jego umysł. W jego marzenia, pragnienia i wspomnienia. Poczuł jak pierwszemu się pierwszy ząbek wyżyna, a potem mu wypada. Poczuł… Dobra, szczegóły z życia pierwszego ominiemy. Drugi był już w środku. Czuł to co pierwszy, wiedział to co pierwszy. Byłą to technika ataku równie niebezpieczna dla atakowanego jak i atakującego. Brakowało tylko 15 sekund, aby drugi zabił pierwszego. Wystarczyło znaleźć ten najsłabszy punkt w ludzkiej głowie. To co każdy z nas ma i czego się boi. Wystarczyło jeszcze 14 sekund. Wtedy przerwał i wyszedł.
A gdzie wtedy byli ludzie?
[ona] Dam ci się przelecieć.
Siedziałem wtedy na ziemi, oparty o ścianę. Ona na prostych nogach schylała się tak mocno, że mogła mnie pocałować. Jej całkiem ponętne cycki zwisały jej tak, że pierwszy raz w życiu żałowałem, iż laska nie miała dekoltu. Cholerny sweter…
[on] Nie.
[ona] Jak to nie? Przecież od razu widzę, że zareagowałeś.
Niektórych rzeczy po prostu nie idzie powstrzymać. Taka już natura faceta, że nie ma władzy nad sobą samym.
[on] To, że ciało się cieszy, nie znaczy, że rozum tego samego chce.
[ona] A tam, pierdolisz…
Uśmiechnąłem się gorzko. Osoba stojąca tak blisko, była tak mi daleka.
[on] Gdybym pierdolił, to by cię tutaj nie było.
[ona] Seks jest przecież fajny.
Tak. Dla ludzi, którzy z niego korzystają.
[on] Nie wiem, nie próbowałem.
[ona] No właśnie! To chodź spróbuj ze mną!
Pierwszy raz się spotkałem z takim uporem w tak błachej sprawie.
[on] Ale ja nie chcę…
[ona] Jak nie chcesz? Przecież ty o tym marzysz!
Czasami chciało by się stworzyć słowo oznaczające „tak” i „nie” równocześnie.
[on] Wiesz czym się różni marzenie od pragnienia? Pragnie się na chwilę. Zaspokaja się też na chwilę. Marzenia są za to długotrwałe. Długo się marzy, długo się marzenia spełnia i długo się z nich cieszy.
[ona] Czasami za długo.
A czasami za krótko, by się niby nacieszyć.
[on] Ale o co ci w ogóle chodzi? Czemu tak bardzo chcesz mnie przelecieć?
[ona] Bo jest mi ciebie żal.
[on] Aha. To fajny powód, żeby dać dupy.
[ona] Za to ty nie masz fajnego powodu, by jej nie dać.
Miałem ponad milion powodów. I wszystkie gryzły się nawzajem.
[on] Nie mam także fajnego powodu, aby żyć. A jakoś jeszcze sobie nie strzeliłem w łeb.
[ona] Dzięki mnie, będziesz miał o czym pamiętać.
[on] Dzięki tobie, nie będę potrafił zapomnieć.
[ona] Aha. A co by było, gdyby łzy potrafiły się śmiać?
Zniknęła, a ja się obudziłem. Co chciałem powiedzieć, przez tą narracje? Może nic nie chciałem. Albo po prostu jestem chory?
Do dziwnego pomieszczenia weszło trzech archaniołów. Ich demony zostały. Na środku Baal leżał na ziemi.
[Baal] Witam w swoich skromnych progach. Cóż was do nas sprowadza?
[Michał] Kim jesteś? Co tutaj robisz? Jak się tu znalazłeś? Co…
[Baal] Dużo pytań. Może po kolei drogi kolego? Ja się przedstawiłem już. Nie bądźcie nie uprzejmi i sami się przedstawcie.
[Michał] Archanioł Michał, władca wszystkich aniołów.
[Gabriel] Archanioł Gabriel, władca całej materii, a co za tym idzie: pomocnik Pana, stwórca.
[Rafael] Archanioł Rafael, władca ludzkich uczuć.
[Baal] Rafael. A więc teraz tak ma na imię nowy kozioł ofiarny. Jak tam twoja wybranka?
[Michał] Skąd wiesz o tym co się dzieje na ziemi?
[Baal] Otóż drogi trójskrzydlasty, wiem o rzeczach o których ty byś nigdy nie pomyślał.
[Gabriel] O czym ty mówisz?
[Baal] O tym, że jesteś tylko tępą marionetką.
[Gabriel] Marionetką?
[Baal] Tak. Marionetką. Wiem o was wszystko.
[Michał] A skąd ty to możesz wiedzieć? Przecież byłeś zamknięty!
Baal się zaśmiał. Gabriel obrócił się i spojrzał na bramę. Znak Boga z tej perspektywy nie był już odwrócony.
[Gabriel] To nie on był zamknięty. To myśmy przez cały czas byli zamknięci.
[Baal] O! Nareszcie jakiś rozgarnięty stwórca. Jesteś pierwszym, który na to wpadł.
[Michał] Jak to pierwszym? O czym ty mówisz?
[Baal] Dawno dawno temu… A zresztą, niech on sam wam o tym opowie.
Przez otwartą bramę wszedł Władca Trzech Bram. Kiedyś podobny do archaniołów, ze skrzydłami. Dziś podobny do Baala leżącego na środku sali strażnika. Z jego pleców wychodziło 8 lian, albo raczej ogonów. Pięknych, długich.
[Bóg] A więc moje archanioły dotarły nareszcie tutaj. Trochę to trwało.
[Baal] Nie przywitasz się ze mną, bracie?
[Bóg:krzyk] Nie jesteś moim bratem!
[Baal] Wiem, wiem. Nigdy nim nie byłem. Jestem tylko jego nędzną imitacją. Cóż, trzeba było go nie zabijać.
[Michał] O czym on mówi panie?
[Bóg] To długa historia.
[Baal] Ach! Nie bądź taki małomówny. Opowiedz swoją historię.
[Bóg] Milcz!
[Baal] Oj nie! Nie będę milczał. Opowiem wam teraz historię świata, które zostało przed wami zamknięte zanim zostaliście stworzeni. Otóż to co znacie to tylko mały ułamek całości. Wasz świat jest tylko pokojem, w budynku zwanym galaktyką, w mieście zwanym wszechświatem. W tym domu żyła kiedyś szczęśliwa rodzina. Był tam ojciec rodziny, jego imię brzmi Maesto. Miał dwóch synów, Baala, mój pierwowzór, oraz Jurdai, stojący przed wami wszystkimi. Pewnego dnia, nadszedł czas zaślubin dwóch braci z wybranymi przez siebie żonami. Baal jednak, na swoje nieszczęście, próbował zabrać żonę bratu. Ta w dowód miłości Jurdaiowi popełniła swego rodzaju samobójstwo. Kiedy on się o tym dowiedział, poszedł walczyć z bratem i go zabił. Gdy o całej sprawie dowiedział się Maesto wpadł w złość, która trwa po dziś dzień. Nie zniósł myśli, że jeden z jego synów zabił drugiego. Postanowił zabić swojego drugiego syna. Niestety, gdy przyszło co do czego, serce Maesto nie pozwalało mu zabić jego własnego syna. Zatem wtrącił go do jednego z pokoi i zamknął. Próbował wskrzesić swojego syna, ale jedynym rezultatem takich prób byłem ja, niedokończony klon. Zamkiem, który miał zamknąć Jurdaia na zawsze była brama, podobna do tej którą widzicie tutaj. Jednak była słaba i po niedługim czasie została zniszczona. Jurdai wydostał się, jednak nie był w stanie pokonać własnego ojca, więc ten wrzucił go z powrotem i stworzył mocniejszy zamek. Za każdym razem tworzył mocniejszy zamek, ale Jurdai się uwalniał co jakiś czas. Wy jesteście już piątą świtą Jurdaia.
[Michał] Piątą świtą? O czym on mówi panie?
[Baal:śmiech] Zostaliście stworzeni tylko po to, aby wzmocnić siłę waszego stwórcy.
[Bóg] Milcz!
W ręce boga nagle pojawił się miecz. W tej samej chwili miecz przebił głowę Baala i doprowadził do jego rychłej śmierci.
[Bóg] Nie mamy za dużo czasu.
[Gabriel] Czasu? Na co?
[Bóg] Muszę się spotkać z ojcem.
Wojna była długa i nie warta wyszczególniania. Najpierw zginęły demony, broniąc swoich archaniołów w pierwszych bitwach. Potem ginęły kolejno zastępy aniołów. Aż w końcu, po 300 lata walki, zginął Michał i Rafael. Bóg został prawie sam, więc uciekł do klasztoru w piekle. A za nim Gabriel. Jednak on nie uciekał. Stał przed bramą piekła. Przyglądał się jej pieczęcią.
[Gabriel] Piekło, Gabriel, Bóg, Strach, Ból, Miłość. Zaklęcie tworzące i otwierające bramy piekielne.
Bramy piekła otworzyły się. Gdy Gabriel wszedł do środka, zobaczył kolumny piekielne. A w każdej z nich był człowiek, zmagający się ze swoim największym strachem. I przegrywał tę walkę ciągle od nowa. Stąd Bóg czerpał energię. Ludzie, pomimo tego, że zostali zostawieni sami sobie, żyli dalej. Nie wiedzieli nic o wojnie. Ale mimo tego, że produkcja energii nie spadła, to i tak nie starczyło to, na wygranie wojny. Armia Maesto była silniejsza.
Czas w piekle nie istniał, zatem Gabriel popędził ile sił w nogach do klasztoru. Kiedy dotarł do klasztoru, Lucyfer już na niego czekał przed wejściem. On jedyny nie brał udziału w wojnie. Bóg powiedział, że ktoś musi zostać w piekle, aby nikt nie zaatakował tego świata. On jedyny nie widział okropieństw wojny. Gabriel wyciągnął miecz i powolnym krokiem zdbliżał się do Lucyfera.
[Gabriel] Samael nie żyje. Lewiatan nie żyje. Behemot… Także nie żyje. Michał i Rafael… Oni wszyscy nie żyją. Lucyferze, przeklinam naszego stwórcę z całego serca.
[Lucyfer] Gabryś! Nie powinieneś tak mówić.
[Gabriel] A pieprzyć to, że nie powinienem. Nie powinienem mieć powodów, aby opłakiwać swoich braci. Nie powinienem był wchodzić w żadną wojnę. Już po bitwie na Oczodołach powinniśmy byli się zorientować, że nie mamy szans.
[Lucyfer] To już nie ma znaczenia. Już jest za późno.
[Gabriel] Tak, jest już za późno aby uratować naszych braci. Ale nie możemy tego tak zostawić! Bóg musi zginąć! Mimo, że nie było cię tam z nami, to znasz opowieść Baala. Za jakiś czas, Władca Trzech Bram stworzy nowych archaniołów. I znowu doprowadzi do wojny, której nigdy nie wygra. Nie możemy do tego dopuścić drogi bracie.
Lucyfer wyciągnął swój miecz.
[Gabriel] Nie przyszedłem tutaj, aby się z tobą bić, ani zabić. Przyszedłem tutaj dokończyć to, czego Maesto nie umie skończyć. Jeśli nie chcesz mi pomóc, to przynajmniej pozwól mi wejść.
[Lucyfer] Drogi bracie, bardzo żałuję, ale nie będę chronił Boga. Nie po tym co się stało. I jeśli to możliwe, pomogę ci zabić naszego stwórcę.
Wbiegli zatem razem do klasztoru.
[Bóg] Głupcy!
Usłyszeli tylko ten głośny krzyk i umarli szybko.
Przedmowa
Nie chcę tutaj przekonywać do Jabbera. Nie chcę mówić dlaczego Jabber jest taki wspaniały. Chcę w tym wpisie wytłumaczyć ludzią, którzy nie znają lub nie lubią Jabbera, dlaczego nas tak do Jabbera ciągnie.
Błędne powody
Często, jak próbuje kogoś przekonać, to słyszę kilka bardzo podstawowych tekstów. Ale my nie przeszliśmy na Jabbera, żeby być “elo”, żeby być “super”, czy coś takiego. Nie przeszliśmy na Jabbera po to, żeby nie móc z kim rozmawiać. Nie przeszliśmy na Jabber dlatego, że chcemy być inni. Nie chodzi tu o żadne walki ideowe. I co najważniejsze: nie przeszliśmy na Jabbera, żeby zaczynać jakąkolwiek wojnę Jabberową. Niestety, ona jest nieunikniona, ale o tym później.
To co nam się nie podoba w GG
Podstawą komunikatora jest komunikacja (jak sama nazwa wskazuje). Niestety my, Jabberowcy przestaliśmy się czuć swobodnie na GG. Dlaczego? Czasami mam ochotę pogadać z pewną osobą, a tu mi naglę Gadu Gadu padło, po godzinie tej osoby już nie było i tyle sobie porozmawiałem. Rozumiałbym, gdyby to się stało raz. Ale ostatnio to się często zdarza. Moja komunikacja z innymi została zerwana na godzinę. Ale ja pracuję i nie mam czasu cały czas siedzieć na GG, więc dla mnie ta godzinna jest cenna.
Druga sprawa, system antyspamowy. Po co nam wszystkim konferencję, skoro system antyspamowy je blokuje? Na pewno wielu z was boi się rozpocząć konferencję ze zbyt dużą ilością osób, bo system zablokuje wam możliwość wysyłania wiadomości. Co najzabawniejsze, serwer nam o tym nic nie mówi. Przez co nie wiemy czy tak naprawdę nasza wiadomość doszła.
Trzecią sprawą jaką chciałem poruszyć jest regulamin Gadu-Gadu. Według niego, nie można używać innego klienta poza oficjalnym Gadu-Gadu. Niby nic takiego, bo w końcu każdy chce zarobić (tutaj: na reklamach). Ale z drugiej strony, wychodzi na to, że pod Linuxem ludzie nie mogą używać Gadu Gadu. Nie ma oficjalnego klienta Gadu-Gadu przecież. Szczerze mówiąc, czekam na to, żeby Gadu-Gadu zaczęło banować, kiedy zobaczy, iż klient jest nieoficjalny. Wtedy straci połowę swoich użytkowników. A wtedy to każdy z was straci przynajmniej cześć kontaktów, jeśli nie całą.
Dlaczego akurat Jabber?
Tutaj krótko, bo ten temat był już wałkowany wiele razy. Bo nie ma reklam, bo jest otwarty na świat, bo każdy może zrobić klienta, bo wiele sieci łączy się z Jabberem (Google Talk, Spik, etc.). Bo nie ma systemu antyspamowego, który blokuje trochę za często. (Spam tu się eliminuje inaczej.) I dlatego, że pad jednego serwera nie oznacza padu całej sieci (tak jak pad HUB’a w GG).
Dlaczego nawołujemy do Jabbera
Otóż, powiedzmy że sami Jabberowcy przeniosą się na Jabbera. Będziemy fajnie i w ogóle. Ale nie taka jest idea komunikatora. Nie mamy jak się skomunikować z tymi z GG. Dlatego potrzebujemy innych ze swoich kontaktów z GG. Po co nam coś, czego nie możemy używać? Na GG nie wrócimy, bo tam komunikacja jest lekko utrudniona. Tak samo my, nie chcemy zainstalować sobie i GG i Jabbera, gdyż to nam nic nie daje. I tak komunikacja z ludźmi na GG jest utrudniona, bo używamy GG. Dlatego tak bardzo chcemy przekonać innych. Wam, użytkownikom GG to raczej niczego nie utrudnia w komunikacji, jeśli zainstalujecie sobie i Gadu Gadu i Jabbera. Wasza komunikacja z ludźmi z GG będzie taka sama, jakbyście byli na samym GG. Dlatego tak bardzo pragniemy przekonać was do Jabbera.
Podsumowanie
Ufam iż ten wpis wyjaśni paru osobom dlaczego tak walczymy o Jabbera. I proszę was, nie mówcie, że wszczynamy niepotrzebne wojny. Nie mówcie, że robimy wojnę dla wojny. Czy inne takie pierdoły. Zrozumcie, że my chcemy polepszyć komunikację między sobą, a wami. I nie traktujcie nas tak, jakbyśmy się wywyższali. My po prostu chcemy korzystać z usług o lepszej jakości.
Dzisiaj zmieniłem serwer. Mam nadzieję, że nie będzie żadnych błędów. Nie wszystkie komentarze zostały skopiowane, bo za wcześnie robiłem kopię bazy. A teraz to już dostępu do niej nie mam.
Za topa muszę standardowo podziękować Erykowi. :*